Ehh... wierzycie w miłość? Bo ja chyba już nie, omija mnie jak ognia. Może to nie wina miłości, tylko wina złego kandydata?
Przez pewien czas było wspaniale, naprwdę byłam w siódmym niebie. Ale nagle nie wiadomo czemu, wszystko się skończyło, runęło, przestało istnieć. Zupełnie jakby Bóg zobaczył mnie szczęśliwą i pomyślał
"O nie, życie zaczyna jej się układać i wydaje się być wesoła, musimy to zmienić, szybko". Jak to jest nawet możliwe, że jednego dnia jesteście ze sobą szczęśliwi, śmiejecie się nawet ze swojej własnej głupoty, rozmawiacie do 6 nad ranem,
a drugiego dnia zachowujecie się tak jakbyście nigdy się nie znali, jakby ktoś wymazał wszystkie wspólne wspomnienia, wszystkie najpiękniesze chwile z waszych żyć. Byłabym wdzięczna jakby ktoś mi to wyjaśnił, naprawdę...
Niby takie nic, ale nie mogę przestać o tym myśleć... nie mogę przestać myśleć
o nim, o tym durniu, który mnie zranił i chyba nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Zafundował mi tysiąc nieprzespanych nocy, wylanych łez... wiem zaczynam histeryzować. Ale kurcze... zależało mi na nim, jak widać znowu się pomyliłam, znowu poszłam tą "ścieżką miłości" z głupią nadzieją, że się uda. To jest życie nigdy nic nie pójdzie tak jak chcesz, nie może być tak pięknie jak filmach. Chłopak zawraca Ci w głowie, a jak już Cię w sobie rozkochał, on odchodzi bez słowa.
Co ja tam mogę wiedzieć o miłości, moim zdaniem jest to uczucie, które naprawdę jest wspaniałe, ale niestety trwa krótko, a efekt "uboczny", czyli złamane serce (jeśli można to tak nazwać) trwa cholernie długo.
Nie jestem eksperką, po prostu chciałam wylać swoje myśli, może przeczyta to jedna, dwie osoby, które pozdrawiam z całego serca,
Liardarr
Przez pewien czas było wspaniale, naprwdę byłam w siódmym niebie. Ale nagle nie wiadomo czemu, wszystko się skończyło, runęło, przestało istnieć. Zupełnie jakby Bóg zobaczył mnie szczęśliwą i pomyślał
"O nie, życie zaczyna jej się układać i wydaje się być wesoła, musimy to zmienić, szybko". Jak to jest nawet możliwe, że jednego dnia jesteście ze sobą szczęśliwi, śmiejecie się nawet ze swojej własnej głupoty, rozmawiacie do 6 nad ranem,
a drugiego dnia zachowujecie się tak jakbyście nigdy się nie znali, jakby ktoś wymazał wszystkie wspólne wspomnienia, wszystkie najpiękniesze chwile z waszych żyć. Byłabym wdzięczna jakby ktoś mi to wyjaśnił, naprawdę...
Niby takie nic, ale nie mogę przestać o tym myśleć... nie mogę przestać myśleć
o nim, o tym durniu, który mnie zranił i chyba nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Zafundował mi tysiąc nieprzespanych nocy, wylanych łez... wiem zaczynam histeryzować. Ale kurcze... zależało mi na nim, jak widać znowu się pomyliłam, znowu poszłam tą "ścieżką miłości" z głupią nadzieją, że się uda. To jest życie nigdy nic nie pójdzie tak jak chcesz, nie może być tak pięknie jak filmach. Chłopak zawraca Ci w głowie, a jak już Cię w sobie rozkochał, on odchodzi bez słowa.
Co ja tam mogę wiedzieć o miłości, moim zdaniem jest to uczucie, które naprawdę jest wspaniałe, ale niestety trwa krótko, a efekt "uboczny", czyli złamane serce (jeśli można to tak nazwać) trwa cholernie długo.
Nie jestem eksperką, po prostu chciałam wylać swoje myśli, może przeczyta to jedna, dwie osoby, które pozdrawiam z całego serca,
Liardarr